Autor: michalroge

  • Samochód dla statystycznego Polaka

    Od przeszło 30-lat interesuje się furkami. Samochodom poświęciłem sporą część mojego zawodowego życia i jeszcze większą część prywatnego czasu, dlatego często znajomi proszą mnie o pomoc w wyborze auta. Uwielbiam ten temat. Serio, nigdy nie wahaj się żeby mnie o to poprosić. Pamiętaj jednak, że najczęściej odpowiedź będzie się sprowadzała do: „Kup co Ci się podoba – to Twój samochód”.

    Nie ma dwóch takich samych osób, tak samo jak nie ma dwóch identycznych aut. Zróbmy jednak eksperyment – załóżmy, że jesteś statystycznym Polakiem. Kupujesz statystyczne auto. Pewnie masz teraz w głowie ten sam – standardowy zestaw pytań:

    Jaki samochód kupić?

      To Twój samochód – ważne, żeby Ci się podobał. Powinniście się polubić. Najlepiej jak kupisz auto zgodnie z jego głównym przeznaczeniem. Jeżeli raz na 3 lata kupujesz dużą kanapę w IKEA, a resztę czasu jeździsz sam – nie potrzebujesz dużego kombi. Potrzebujesz raz na 3 lata wynająć taxi bagażowe. Jeżeli 99% czasu jeździsz sam albo w dwie osoby to nie potrzebujesz dużego sedana. Rozumiesz o co mi chodzi? Kup auto z jego głównym przeznaczeniem.

      Ile powinienem wydać na auto?

      Zwykło się przyjmować, że cena samochodu nie powinna przekraczać 6-krotności twojego miesięcznego dochodu netto. Jeżeli więc jesteś tym statystycznym Polakiem, który zarabia średnią krajową (w 2020 było to 3 800 zł) to rozsądnie byłoby wydać 22 000 zł. na auto. Taki wydatek Twój domowy budżet powinien przyjąć na miękko.

      Czy mogę wydać więcej?

        Pewnie, że możesz. To Twój budżet. Wydatek do 12-krotności Twojego miesięcznego dochodu netto nadal powinien być OK, ale w gorszych momentach możesz go już odczuć zadyszkę finansową. Zasada nie dotyczy samochodu, który jest Twoim narzędziem pracy. Przez narzędzie pracy mam na myśli narzędzie pracy a nie dojazd do pracy. I na siłkę.

        Czy wynajem długoterminowy jest dobry?

        Klasyczna odpowiedź socjologa brzmi – to zależy. Podstawowe kryterium zasadności wynajmu długoterminowego to Twój roczny przebieg. Oferty wynajmu długoterminowego stały się dostępne dla osób fizycznych z uwagi na popularność jaką wcześniej zdobyły we flotach. Na początku w ten sposób sprzedawały się głównie Skody Octavie i Fordy Focusy, ale później oferty wynajmu zaczęły być także oferowane także w klasie premium. Jeżeli byłeś ostatnio w salonie samochodowym to pewnie zauważyłeś, że na standzie przy aucie lepiej wygląda 2 200 netto miesięcznie niż 220.000 brutto. Wynajem długoterminowy jest atrakcyjną formą ALE…

          Samochody flotowe średnio przejeżdżają 40-60 tys. km rocznie. Po 3 latach wynajmu, korzystający zwraca auto, którego przebieg oscyluje w granicach 120-180 tys. km.  Jeżeli samochód był prawidłowo serwisowany i użytkowany we właściwy sposób, nie jest to przebieg, który dyskwalifikuje zakup. Bardzo prawdopodobna będzie konieczność poniesienia dodatkowych kosztów eksploatacyjnych, takich jak wymiana sprzęgła, rozrządu czy oleju w skrzyni biegów. W szczególnie podatnych na awarie modelach mogą pojawić się problemy z turbiną, wtryskiwaczami, zawieszeniem itp. Chce przez to powiedzieć, że jeśli Twoja praca wymaga przejeżdżania rocznie dystansu 40-50 tys. km, na pewno warto wybrać auto w wynajmie długoterminowym.
          Jeżeli jeździsz jednak standardowo 15.000 km rocznie (dojazdy do pracy + wakacje) – weź kalkulator i przelicz. Wynajem długoterminowy raczej nie będzie dla Ciebie korzystny.

          Chciałbym kupić używane
          <tutaj wstaw markę i model swojego wymarzonego auta>.
          Czy mnie na nie stać?

          Policzmy. Jesteś statystycznym Polakiem – chcesz kupić statystyczne auto. Rocznie jeździsz 15.000 kilometrów. Wybierzmy coś rozsądnego i niezawodnego: benzynowa Honda CR-V 2.0 z 2005 roku. Możesz w to miejsce podstawić Toyotę Avensis, Hondę Accord czy jakiegoś Passata. Nie ma to znaczenia:

            Podstawiamy liczby do równania:
            ZAKUP AUTA: 22.000 zł (6x średnia pensja netto)
            SERWIS STARTOWY: 3.300 – Przyjmij na to 15% ceny samochodu.

            PODATEK + REJESTRACJA: Podatek to 2% + 180 za rejestrację: 620 zł

            RAZEM: 25.920 zł

            UBEZPIECZENIE ROCZNIE: 1200 (raczej AC dla takich aut można odpuścić).
            ROCZNE KOSZTY SERWISOWE: 2200 (mamy tutaj wliczoną rezerwę na zakup i zmianę opon, serwis olejowy 1x w roku + ewentualne wydatki serwisowe) – przyjmijmy bezpiecznie 10% wartości auta.

            Rocznie wydasz: 3.400.

            Z paliwem 10.000

            Po 3 latach Ci się znudzi: Sprzedajesz za 18.000
            Miesięczny koszt użytkowania samochodu (bez paliwa): 394 zł
            Z paliwem wychodzi: 1019 miesięcznie. Sporo, co nie?

            Czy ten tysiak miesięcznie to reguła?

              Absolutnie nie. Jeżeli kupisz małe autko miejskie (np. Toyotę Yaris albo Volkswagena Polo), na utrzymanie będziesz wydawał dużo mniej – może uda się zejść do 500 zł miesięcznie. Jeżeli jednak właśnie siedzisz na otomoto wertując ceny Range Rovera P38 albo BMW E60 545i – załóż sobie 3x więcej. Oczywiście w optymistycznym wariancie, bo czasem serwis startowy będzie równy cenie zakupu auta.

              Pamiętaj, że samochód to narzędzie. Oczywiście Jaguar E-Type V12 to nie narzędzie – to dzieło sztuki. Ale Twoje BMW, Mercedes czy Honda finalnie to narzędzie do przemieszczania się.

              Psycholodzy wielokrotnie zbadali ten zakup. Badania wskazują na to, że początkowa radość z posiadania nowego auta mija już po 3 tygodniach… potem zostają już tylko wydatki. Znacie mnie – jestem ostatnią osobą, która powie wam, że wydawanie pieniędzy na auto jest złe. Wybierając auto pamiętajcie jednak, że najdalej po miesiącu minie początkowa euforia z posiadania nowego auta, a pozostaną miesięczne wydatki, dlatego warto przed zakupem wziąć na chwilę do ręki kalkulator.

            1. 5 powodów dla których nadal masz bałagan w szafie

              5 powodów dla których nadal masz bałagan w szafie

              Pewnie masz swoje wyobrażenie idealnej garderoby. Na instagramie widziałeś te turbo-uporządkowane szafy z setką butów na każdą okazję. Dla mnie utrzymanie pomieszczenie z toną ciuchów byłoby trudne do przeskoczenia. Po pierwsze musiałbym mieć do dyspozycji pokój wielkości przynajmniej 25 metrów, a mieszkanie niestety nie jest z gumy. Po drugie musiałbym wydać na jej wykończenie i zawartość równowartość ceny Alfy Romeo Giuli Quadrifoglio. Jak się domyślasz poszedłbym raczej w stronę włoskiego V6 bi-turbo.

              Jest jeszcze trzeci punkt: nigdy nie chciałem mieć takiej garderoby. Dla mnie optimum to:
              • Mały wybór ubrań, które dobrze leżą i zakładam je regularnie. Nie mam rzeczy, których nie pamiętam kiedy ostatni raz nosiłem i nie mam okazji, na które nie wiem co założyć.
              • Wszystko pasuje w miejsce, które mam szafie. Mam na tym punkcie delikatne skrzywienie. Nie lubię jak ubrań jest zbyt dużo, muszą mieć przynajmniej odrobinę miejsca między sobą, tak żeby nie było im ciasno. Tak wiem, to natręctwo.
              • Codzienny wybór ubrań jest prosty. Wiem co do czego pasuje – optymalnie jak wszystko pasuje do wszystkiego.
              • Ubrania są proste, wygodne i muszę lubić je nosić.

              Mam pełną świadomość, że nie znam się doskonale na modzie, stylu i dobieraniu kolorów. Wiem, że moja garderoba nie jest idealna. Najważniejsze, że jestem z niej zadowolony. Dojście do takiego stanu wymagało ode mnie wielu poważnych decyzji, determinacji i łzawych rozstań z nieużywanymi ciuchami. Był to powolny proces – u mnie trwał rok.

              Samo zadanie jest proste. Wyrzucasz rzeczy z szafy na środek łóżka i segregujesz na dwie kupki: pierwsza to rzeczy, które lubisz, nosisz i chcesz zatrzymać, a druga to te, których nie lubisz, nie nosisz, są zniszczone – chcesz je wyrzucić. Niestety życie nigdy nie lubi sytuacji zerojedynkowych i zawsze powstanie trzecia kupka po środku o nazwie „w sumie to nie wiem”.

              Uświadomiłem sobie, że stos „w sumie to nie wiem” bardzo pobudzał moją kreatywność w poszukiwaniu wymówek dlaczego powinien pozostać w szafie. Dzisiaj opiszę pięć z nich. One powracały najczęściej.

              1. Jak schudnę na wakacje to będzie jak znalazł.
              Oczywiście może być to prawda, ale jeżeli powtarzasz sobie to od trzech lat to raczej się cudownie nie wydarzy. Ja od dłuższego czasu utrzymuję wagę, w której czuję się dobrze, a miałem marynarki, które były nadal zbyt opięta. Oznaczało to tylko tyle, że byłem zbyt dużym optymistą przy jej zakupie. Ostateczne rozwiązanie tego problemu znalazłem w październiku 2020. Byłem świeżo po maratonie warszawskim i po zakończonej kuracji KETO. Ważyłem dokładnie 70 kg. Wiedziałem wtedy, że na pewno już nigdy nie będę ważył mniej, nie chciałem już ważyć mniej. Wyrzuciłem wtedy wszystko co nadal było zbyt małe lub upięte.

              2. Nie odzyskam tego co zapłaciłem więc pozbycie się byłoby rozrzutnością.

                Znam to. Miałem i przerabiałem. Może nie z ciuchami ale z samochodem. Kupujesz. Niby tylko 265.000 km na blacie. Można powiedzieć, że silnik w sumie dopiero dotarty. Jedziesz na podstawowy przegląd, wymieniasz płyny, filtry, klocki z tyłu, ale mechanik mówi, że w zasadzie sprzęgło się kończy i można wymienić. Wszystko jest na wierzchu więc na pewniaka dodajesz, że przy okazji mógłby wstawić nową dwumasę, bo przecież kilka lat nim polatasz. Przy wymianie klocków okazuje się, że przewody hamulcowe są sparciałe więc wrzucasz nowe wężyki i BANG! Faktura opiewa na 6800 zł. Myślisz sobie, że teraz pojeździsz na miękko 2-3 lata zmieniając tylko olej, ale po 3 miesiącach słyszysz niepokojące stuki. Jedziesz do serwisu, a tam okazuje się, że posypało się dalej: koło pasowe, rolka paska, uszczelniacz wału, uszczelnienie układu dolotowego, termostat, świece, paski osprzętu, a niepokojące stuki to tuleje wahacza albo końcówki drążków, które też są niepewne. Dochodzi do tego regeneracja VANOS, poduszki pod silnikiem, obejma tłumika… zostawiasz 5800 zł.
                I wtedy masz to uczucie, o którym chce napisać. Dochodzisz do poziomu gdzie delikatnie zaczynasz pękać. Z jednej strony wiesz, że sprzedaż tego auta byłaby rozrzutnością, bo nigdy nie odzyskasz kasy, którą włożyłeś. Z drugiej masz już go dość…

                Po co o tym piszę? Dokładnie tak samo wygląda problem pozbywania się rzeczy. Co prawda na utrzymanie swetra nie wydajesz 13 tysięcy, ale towarzyszy Ci poczucie winy, że skoro zakup sporo kosztował, to nie możesz się go pozbyć. Po prostu nie chcesz żeby pieniądze się zmarnowały.
                Pamiętaj, że nie musisz wyrzucać swoich rzeczy. Można je sprzedać lub oddać komuś, kto naprawdę ich potrzebuje. Zamiana nieużywanego swetra na 30 zł, to nie jest rozrzutność, za to trzymanie w szafie nieużywanych rzeczy to marnotrawstwo zasobów. Ja nauczyłem się, że takich kłopotów trzeba się pozbyć. Lepiej nie będzie.

                3. Kiedyś to założę, na pewno się przyda.

                  To bardzo trudna kategoria. Dodatkowym problem jest to, że wspomaga ją teraz wymówka: „jest pandemia, nie mam okazji tego nosić, po pandemii na pewno założę”. Ja mam w szafie lniany garnitur, który łączy ze sobą oba te wymówki. Na razie trzymam kciuki za to, żeby latem pojawiła się dla niego okazja. Jeżeli się nie pojawi, garnitur zwolni miejsce w szafie.

                  4. Ta koszula jest OK. Po prostu nie mam dodatków.

                    Na pewno masz rzeczy które lubisz, bo podoba Ci się materiał, z którego są uszyte, kolor – mają to coś. Problemem jest, że zupełnie do niczego nie pasują, a Ty wyglądasz w nich jak bohater filmów kostiumowych. Na manekinie wyglądało super, a Ty czekasz, aż zaczniesz w niej wyglądać jak ten manekin. Nie zaczniesz.

                    5. Nie lubię wyrzucać. To marnotrawstwo.

                    Z tą wymówką jest chyba najgorzej. Wyrzucanie rzeczy do śmieci wiąże się u mnie zawsze z ogromnymi wyrzutami sumienia. To była wymówka, z którą najbardziej się zmagałem.
                    Znacie Rocky-ego? Nie, nie chodzi o Stallone. Mam na myśli bohatera z Psiego Patrolu, z którym jestem teraz na bieżąco. Rocky ma powiedzenie: „nie wyrzucaj – wykorzystaj„.

                    Jeżeli nie masz jednak zdolności krawieckich zawsze możesz sprzedać, oddać potrzebującym lub w najgorszym razie wrzucić do puszki z recyklingiem ubrań.

                    W zeszłym tygodniu pisałem o tym, że warto raz na jakiś czas wrzucić wszystkie ciuchy na łóżko i przyjrzeć się każdej rzeczy po kolei. Ja taki remanent robię dwa razy w roku. Oprócz oczywistych plusów związanych z utrzymaniem porządku, przypominam sobie wtedy dlaczego to robię. Moim celem jest niezmiennie utrzymanie minimalnej ilości ubrań, w których będę się czuł świetnie, dobrze wyglądał, i które nie będą zaprzątały mi czasu.
                    Nie ma tam miejsca na ubrania „do sprzątania” i na kategorię „może moda wróci”.


                    Kolejnym krokiem, który chciałbym wykonać w przyszłości jest zbudowanie garderoby kapsułowej z jeszcze mniejszą ilością rzeczy, ale z dużo większą elastycznością wyboru. Na razie cały czas cieszę się z mojej minimalistycznej szafy, w której mam tylko takie rzeczy, które mam ochotę włożyć.

                  1. Garderoba

                    Sprzątanie w szafie to crème de la crème komercyjnego minimalizmu z YouTuba. Setki osób kręcą wideo jak zamienić swój nieład w minimalistyczną garderobę. Amerykanie nawet mają program z Marie Kondo, która wpada do domu i pokazuje im jak się składa jeansy. Cyrk.

                    Z drugiej strony widzę jak skrajne emocje budzi minimalizm, dlatego chciałbym jeszcze raz podkreślić jego istotę: w minimalizmie chodzi o to, żeby odkryć co jest dla Ciebie ważne i skupić na tym swoją uwagę. Z drugiej strony równania jest sprowadzenie do minimum czynności, które nie mają dla Ciebie znaczenia.


                    Tylko tyle. Nie musisz mnie przekonywać, że posiadanie 30 par butów ma sens. Dla mnie nie ma, ale potrafię wyobrazić sobie, że dla Ciebie to bardzo ważne. Żeby uspokoić Twoje sumienie napiszę, że mam w swoim domu całkiem sporo kosmetyków samochodowych: kilka rodzajów twardych wosków, pasty polerskie, dwa różne APC, dressingi do plastików, zestaw pędzli do detailingu wnętrza i sporo innej chemii, które Tobie wydaje się niepotrzebna.

                    U mnie jest to pochodna dwóch rzeczy: po pierwsze zawsze odpychało mnie jeżdżenie brudnym samochodem, bez znaczenia jakiej byłby on marki. Nawet 6-cylindrów w rzędzie umieszonych pod maską nie zmieni mojego zdania. Po drugie czyszczenie samochodu bardzo mnie relaksuje. Woskując lakier albo czyszcząc felgi potrafię całkowicie wyłączyć się od myślenia, skupiając swoją uwagę tylko na tych kilku kropkach brudu, które aktualnie stoją mi na drodze do pełnego efektu lustra.

                    Serio, całkowicie rozumiem, że dla Ciebie bardzo ważną częścią życia jest moda i ubrania. Bardzo to szanuję, bo dla mnie (jak niedawno odkryłem) garderoba również jest bardzo ważna.

                    Chciałbym teraz opowiedzieć historię o przemianie, o tym jak w magiczny sposób poradziłem sobie z uporządkowaniem mojej szafy. Sęk w tym, że nie mam takiej historii. Nie było żadnych spektakularnych przemian. Temat garderoby zawsze traktowałem bardzo serio. Sam zacząłem sobie prasować i prać jak miałem 10 lat i szybko nauczyłem się jak trzymać wszystkie ciuchy we względnym porządku. Zawsze też doceniałem jakość ubrań: najpierw stawiając znak równości pomiędzy jakością, a drogą i uznaną marką, potem skupiając się bardziej na składzie tkaniny, jej pochodzeniu czy tym jak zachowuje się w praniu.

                    Później (jak zwykle u mnie) przyszedł excel, w którym zapisuje aktualny stan mojej garderoby – mam do tego pliku szczególny sentyment. Excel z garderobą był moim pierwszym excelem porządkującym jakąś część życia. Jest też zdecydowanie najlepiej dopracowany. Są w nim wszystkie ubrania w tym buty i kurtki. Nigdy nie prowadziłem inwentaryzacji bielizny i skarpetek (i tak już jestem dziwny).

                    Zacząłem go prowadzić jakieś 4-5 lat temu i do tej pory uzupełniam kilka razy w roku. W moim przypadku spisanie listy ubrań pokazało mi, że w mojej szafie, tak jak wszędzie, również siedzi Pareto, który mówi, że 20% ubrań nosiłem przez 80% czasu.

                    Zawsze miałem swój ulubiony sweter, najwygodniejsze buty i najfajniejsze spodnie, które zakładałem za każdym razem gdy tylko były czyste. Pomyślałem wtedy, że fajnie byłoby mieć garderobę, która składa się tylko z moich ulubionych rzeczy – nawet gdy czasami będą się powtarzać.

                    Sprzedałem więc ubrania, których nie lubiłem oraz te, które lubiłem ale do niczego nie pasowały. Jeżeli czegoś nie udało się sprzedać to oddałem potrzebującym. Aktualnie doszedłem do punktu, gdzie mam w szafie 98 rzeczy i wiem, że spokojnie mogę jeszcze zredukować ich ilość o kolejne 30.

                    Zgadzam się, że noszenie tego samego zestawu ubrań jest nudne. Z drugiej strony wymyślanie różnych nieszablonowych zestawów nigdy nie sprawiało mi radości. Wieczorami spędzałem czas nad kompletowaniem stroju na kolejny dzień, tak żebym rano nie robić tego pod presją czasu. Zastanawiałem się czy zestaw pasuje do siebie i co pomyślą o nim inni.
                     

                    Z czasem, nosząc te same ubrania zauważyłem, że totalnie nikt nie zwraca uwagi na to co noszę. Każdy skupia się tylko na sobie. O ile Twoje ubranie pasuje do kontekstu miejsca, w którym się znajdujesz, jest czyste, uprasowane i dobrze leży   – nikomu to nie będzie przeszkadzało.
                     

                    Ograniczenie garderoby, dostosowanie je do potrzeb ma dla mnie wiele korzyści.

                    Nie tracę czasu na chodzenie po galeriach handlowych, nie przeglądam promocji, nie korzystam z wyprzedaży. Kupuję tylko to co faktycznie potrzebuje. Prosty schemat: jeżeli zniszczy mi się mój ulubiony czarny golf z merynosowej wełny z dodatkiem kaszmiru – kupuję identyczny. Wiem, że kolejny będę tak samo lubił i równie dobrze w nim wyglądał.

                    Ze statystyk wynika, że spora część z Was zastanawia się teraz:
                    A co jeśli jestem kobietą? U kobiet coś takiego nie działa!

                    Pewnie masz w tym bardzo dużo racji. Z uwagi na to, że nie jestem kobietą, nawet nie będę próbował się odnieść do rzeczy, które przekraczają granice mojej świadomości. Myślę jednak, że ogólny schemat będzie działał bardzo podobnie:

                    1. Jeżeli podejdziesz poważnie do swojej szafy tzn. wyjmiesz absolutnie wszystkie ubrania i postarasz się je jakoś skatalogować (chociażby w głowie), to dojdziesz do przekonania, że masz w szafie pewnie 20% ubrań, które nosisz bardzo rzadko, których nie lubisz, które są znoszone i takie, które do niczego nie pasują. Szczerze mówiąc myślę, że takich ubrań jest dużo więcej niż 20%.
                    2. Jeżeli jej nie znasz, warto zerknąć na blog Courtney Carver. Jest ona prekursorką kobiecego podejścia do minimalizmu i autorką Projektu 333, w którym namawia kobiety, żeby przez 3 miesiące chodziły w 33 rzeczach. Na YouTubie jest bardzo dużo filmów, w którym panie pokazują swoje zmagania z tym challengem.

                    Wspólnym mianownikiem tych wszystkich prób jest fakt, że absolutnie nikt z ich otoczenia nie zauważył, że cokolwiek zmieniły. Za każdym razem potwierdza się moja teza, że jeżeli zakładasz ubrania pasujące do kontekstu, które są czyste, uprasowane i dobrze leżą, to nikt nie zwróci uwagę, że często chodzisz w tym samym. Serio, ludzie myślą tylko o sobie. Jeżeli będziecie miały chwilę czasu naprawdę polecam zapoznać się z projektem, na pewno warto spróbować: https://bemorewithless.com/project-333/

                    Moja minimalistyczna garderoba nie jest idealna, ale mam świadomość, że nigdy nie będzie. Cały czas zmienia się moda i moje potrzeby więc nie zakładam sobie sztywnych ram. Mój excel ma być moim drogowskazem, a nie szlabanem. Jeżeli mogę jednak coś polecić – myślę, że warto raz na jakiś czas wyrzucić wszystkie ciuchy na środek łóżka i przyjrzeć się im bliżej.

                  2. Najlepszy czas na porządki jest dzisiaj

                    Najbardziej spektakularną czynnością, która pewnie kojarzy Ci się z minimalizmem jest wyrzucanie rzeczy. Dzisiaj opowiem jak ja zacząłem ten proces. Mam nadzieję, że te rady okażą się pomocne w najtrudniejszych momentach, czyli na starcie.

                    W tym tygodniu opiszę rozterki i pytania, które trapiły mnie starcie. Zaczynamy?

                    Nie jestem pewien czy chcę być minimalistą.

                    Jeżeli zainteresowałeś się poprzednimi wpisami i dotarłeś aż tutaj, powinieneś wiedzieć, że nie ma uniwersalnych zasad, za którymi musisz podążać. To stwierdzenie dzisiaj wydaje mi się truizmem, ale fakt, że nie akceptowałem niektórych reguł minimalistów powstrzymywał mnie przed startem. Najlepszym przykładem był proces uporządkowania szafy. Traktowałem go zbyt ambitnie: jako „wszystko albo nic”.

                    Długo googlowałem artykuły o tym, jak być minimalistą, jak powinna wyglądać garderoba minimalisty, jak zarządzać sobą w czasie i jak oszczędzać pieniądze. Z jednej strony fascynował mnie styl życia minimalistów, a z drugiej bałem się, że skończę z 70-konnym Yarisem w garażu.

                    Nie chciałem pozbywać się moich ulubionych gadżetów, a już na pewno nie maiłem zamiaru wyrzucać moich butów rajdowych sparco, tylko dlatego, że ostatni raz miałem je na nogach jesienią 2008 roku.

                    Zajęło mi dużo czasu żeby zrozumieć, że rzeczy są dla mnie, a nie ja dla nich. Obowiązuje tylko jedna zasada: musisz świadomie dopuszczać przedmioty do swojego życia. Innymi słowy minimalizm dla każdego oznacza coś innego. Jeżeli jednak bierzesz przedmiot do ręki i szczerze mówisz, że dodaje on wartości Twojemu życiu, jesteś minimalistą.

                    Jeszcze tylko jeden, ostatni zakup

                    Kiedy zdecydowałem, że minimalizm to droga dla mnie, wiedziałem że najwięcej „problemów” znajdę w mojej szafie. Zrobiłem przegląd garderoby, wypisałem rzeczy, które są mi potrzebne. Byłem przekonany, że mogę być minimalistą tylko wtedy, gdy kupię sobie ubrania podobne do tych co noszą minimaliści z YouTuba… nawet dzisiaj się wstydzę, gdy to piszę.

                    Potrzebowałem idealnego T-shirtu, idealnych czarnych spodni, idealnej bluzy. Pierwszym krokiem w kierunku minimalizmu to zawsze PRZESTAĆ KUPOWAĆ. Po jakimś czasie (u mnie trwało to ok. pół roku) uświadomiłem sobie, które z ubrań są mi naprawdę potrzebne. Mogłem wtedy rozpocząć drogę przedkładania jakości nad ilość, ale o tym będzie w osobnym wpisie.

                    Nie mogę zacząć, bo nie mam jeszcze gotowego planu.

                    Chińczycy mówią, że najlepszy moment na zasadzenie drzewa był dwadzieścia lat temu. Drugi najlepsze moment jest teraz.

                    Każdy „prawdziwy minimalista” od czegoś musiał zacząć. Najlepiej zacznij od rzeczy najprostszych. Nie chodzi mi tutaj o trudność pracy, czy ilość czasu jaką musisz poświęcić na uporządkowanie konkretnej przestrzeni.

                    Wybierz rzeczy, do których nie masz sentymentu, takie które łatwo będzie Ci się pozbyć. Dla mnie w pierwszej kolejności było to pudło ze starymi kablami (stare ładowarki, przejściówki, rozgałęzienia, kable do modemu itp.) oraz segregatory z dokumentami (instrukcje, gwarancje do sprzętów, których już dawno nie mam, faktury, rachunki itp.). Reguła wyrzucania tych przedmiotów jest prosta: jeżeli nie były Ci potrzebne w ciągu ostatniego roku – pozbądź się ich.

                    Sprawdza się też reguła 30/30: jeżeli zakup przedmiotu trwa krócej niż 30 minut, a rzecz kosztuje mniej niż 30 zł: nie potrzebujesz jej magazynować w domu.

                    Z perspektywy czasu wiem, że bycie minimalistą nie musi, a nawet nie powinno być manifestacją. Wiem też, że najlepszy czas na rozpoczęcie porządków jest właśnie dzisiaj.

                    Serio, ze starymi przewodami do Nokii E51 i rachunkiem za żelazko jest naprawdę łatwo. Trening na starych kablach pozwoli Ci być turbo-skutecznym kiedy przyjdzie zmierzyć się z najtrudniejszymi rzeczami. O nich będzie w następnym tygodniu.

                  3. Zostałem minimalistą! I co dalej?

                    Podejmujesz decyzję o zastaniu minimalistą. Super! Teraz wszystko jest już proste. Kolejne kroki to pozbycie się materialnego dorobku życia, spakowanie do plecaka trzech T-shirtów, czterech par majtek, wygodnych jeansów i udanie się w podróż dookoła świta.
                    A teraz serio. Pewnie domyślasz się, że początek musi wyglądać inaczej. W takim razie jak zacząć?

                    Zanim zamówisz kontener budowlany, w celu opróżnienia niepotrzebnych rzeczy ze swojego mieszkania, weź dwa głębokie wdechy i zadaj sobie pytanie, które 21 lat temu sformułował Laska:

                    Jest wiele odmian tego pytania. Do mnie, oprócz klasycznej wersji z „Chłopaki nie płaczą” najbardziej trafia:

                    „Wyobraź sobie, że wygrałeś w lotto 100 mln zł. Jak od teraz zmieni się Twoje życie”.

                    Powiedzieć, że 100 mln. zł. to dużo to nic nie powiedzieć. Z mojej perspektywy, przy odrobinie „zdrowia, szczęścia i pomyślności” to jakieś 1 mln. 800 tys. rocznie do końca życia, czyli 150.000 tys. miesięcznie. To mniej więcej tyle ile dostaje Daniel Obajtek w Orlenie tylko z perspektywą długoterminową. Jest to kwota, która przy rozsądnym gospodarowaniu wystarczy, aby do końca życia pławić się w luksusach bez konieczności oddawania się tak uwłaczającym zajęciom jak praca zarobkowa.

                    Kiedy zadałem sobie to pytanie, wyszło mi, że chciałbym odbyć kilka ciekawych podróży samochodowych i czytać więcej książek. Widzicie już tutaj ironię? W moim umyśle brak 100 mln. złotych na koncie był przeszkodą do zakupu w miarę niezawodnego kombi i czytania książek.

                    Kiedy zacząłem sobie spisywać swoje cele, okazało się, że większość jest możliwa do zrealizowania tu i teraz. Z drugiej strony mogąc inwestować w siebie i rzeczy ważne, wydawałem pieniądze i skupiałem się na rzeczach, które żadnej wartości w moim życiu nie przynoszą.

                    Minimalizm nie oznacza cierpienia i wyrzeczeń. Chodzi o skupienie się na rzeczach ważnych. Jeżeli aktualnie najważniejsze jest dla Ciebie włożenie do swojego „projektu” e36 silnika M54B30 z E39, bo dłubiesz to auto od 12 lat i jednak przy pełnym wychyleniu w drifcie brakuje trochę mocy – jest to całkiem normalne. Jeżeli jednak w tym marzeniu jest też miejsce na telewizor 8k, wakacje w Zanzibarze, buty od Jimmy Choo i kolekcję jajek Fabergé to jest coś nie tak w Twoim planowaniu priorytetów.

                    Ja swoją drogę rozpocząłem od ustalenia swoich celów i marzeń. To klucz. Początek.
                    Bez dłuższego zastanowienia się nad pytaniem jakie zadawał sobie Laska nie ma dalszej drogi. Dopiero jasne określenie celów, daje odpowiedź na pytanie jakie narzędzia (przedmioty) są potrzebne żeby te cele osiągnąć.
                    Kiedy już to wiemy, można wreszcie dzwonić po kontener…

                  4. Minimalizm. Moja historia.

                    Poznanie minimalizmu i przyjęcie takiego stylu życia przyniosło mi więcej spokoju, więcej sensu i więcej szczęścia. Oto moja opowieść o tym, dlaczego zostałem minimalistą.

                    O co chodzi w minimalizmie?

                    Najprościej rzecz ujmując: chodzi o przewartościowanie priorytetów, tak aby pozbyć się nadmiaru i zbędnych rzeczy – dobytku, przekonań, zachowań, zwyczajów i czynności – które nie dodają naszemu życiu wartości, a skupić się na rzeczach kluczowych, wzbogacających nasze życie.

                    Na czym polegał mój problem?

                    Jeszcze niedawno miałem bardzo dobrze płatną, etatową pracę, robiłem karierę, miałem na swoim koncie kilka poważnych zawodowych sukcesów. Kiedy przeglądałem Facebooka widziałem, że mimo wszystko znajomi odjeżdżają: rodzina mieszkająca w sąsiedniej klatce wyprowadziła się do nowego domu, kumpel kupił nowego Arteona, a znajomy ma już iPhona, który swoją premierę miał tydzień temu. Czułem, że muszę im dorównać, bo dzięki temu żyją lepiej, są ode mnie szczęśliwsi.

                    Jeżeli moje finanse na to pozwalały, to kupowałem nowy gadżet, garnitur czy zegarek. Przez chwilę czułem się jak król życia jednak to uczucie coraz szybciej mijało, a pojawiała się pustka.

                    Brałem udział w tym wyścigu dopóki organizm mnie nie ograniczał. W pewnym momencie moje ciało zaczęło mi wysyłać sygnały. Krzyczało, że ma już dość. Kołatanie serca, spocone dłonie, tona stresu, zdarzyło mi się nawet zemdleć. Mimo tego byłem przekonany, że na tym polega dorosłe życie. Mówiłem sobie, że jeszcze kolejny tysiąc, dwa i będę mógł się wycofać, ponieważ kupię sobie jeszcze te kilka rzeczy, które przyniosą mi spełnienie.

                    Mój organizm dawał mi jednak coraz więcej znaków, że jest już o krok od poważnego strajku. Wpadałem od przeziębienia do przeziębienia, miałem dramatycznie słabą kondycję fizyczną, byłem chronicznie przemęczony. Musiałem zrobić sobie przerwę.

                    Pierwsze spotkanie z minimalizmem

                    Nie wiem jak Wy, ale ja na zwolnieniu lekarskim zwykle leżę w łóżku i oglądam YouTube. Rok temu, gdy doszedłem do końca Internetów, dostałem wiele rekomendacji z filmami minimalistów. Nie wiem czy znajduję się idealnie w grupie celowej czy YouTube ma opracowany specjalny skrypt terapeutyczny, ale trzeba im oddać, że trafili w idealnie.

                    Oglądając film za filmem natknąłem się na minimalistę, który odpowiedział praktycznie moją historię. Zmierzył się dokładnie z tymi samymi problemami – miał identyczne przemyślenia. Doszedłem do przekonania, że nic nie stracę i postanowiłem spróbować.

                    Zwrot ku minimalizmowi

                    Jeżeli chciałbym, aby historia miała dramaturgię pozwalającą na ekranizację filmową, powinienem napisać, że w tamtym momencie nastąpił przełom i tego dnia odmieniłem swoje życie o 180 stopni.

                    To prawda; wtedy coś pękło. Powstrzymałem się jednak od wykonania gwałtownych ruchów: wyjąłem laptopa włączyłem Excela i zacząłem przewartościowanie swojego życia od pustego arkusza.

                    Tego dnia określiłem swoje cele życiowe, wypisałem co sprawia mi przyjemność, co chciałbym zobaczyć. Zacząłem kwestionować swój styl życia i sposób, w jaki wydawałem swoje zasoby: czas, pieniądze i energię. To wtedy postanowiłem wprowadzić duże zmiany.

                    Co dalej?

                    Od tych wydarzeń minął już ponad rok. Czuję, że jestem dopiero na samym początku mojej minimalistycznej drogi jednak już bardzo dużo się zmieniło. Zmieniłem pracę, na taką, w której otaczam się wspaniałymi i wartościowymi ludźmi, spędzam swój czas bardzo intencjonalnie, wydaje pieniądze na rzeczy, których naprawdę potrzebuję.

                    Bardzo mocno wierzę, że jeśli ten blog pomoże choć jednej osobie odmienić pozytywnie jakiś aspekt swojego życia to zrobiłem dobrą robotę.

                  5. Scrolling is new smoking

                    Dzisiaj będzie o turbo-ważnym problemie, bo walka z uzależnieniem od telefonu jest aktualnie na pierwszym miejscu na mojej liście nawyków. Jestem przekonany, że nie jest to tylko mój problem – jest to największe wyzwanie, z którym zderzą się wszyscy millenialsi. Serio.

                    Scrolling is the new smoking

                    Od razu sprostuje: w ogóle nie mam nic do smartfonów. Uważam, że to największy wynalazek człowieka obok silnika 2JZ od Toyoty i M54 z BMW. Niestety największa zaleta smartfonów, czyli stały dostęp do rozrywki jest jednocześnie największą ich wadą.

                    Pamiętacie wystąpienie Steva Jobsa z 2007 roku? W prezentacji powiedział, że Apple opracowało iPoda z szerokim ekranem, rewolucyjny telefon i przeglądarkę internetową – trzy urządzenia, które teraz są połączone w jedno, czyli w iPhone. Wtedy była to prawdziwa rewolucja. Warto sobie w wolnej chwili odświeżyć tę prezentację i uczyć się od najlepszych. Jest naprawdę świetna.

                    Myślę, że Steve Jobs nie spodziewał się wtedy, że za kilka lat iPhone będzie służył głównie do konsumpcji mediów społecznościowych, a nie do dzwonienia, słuchania muzyki czy przeglądania Internetu.

                    Pytanie brzmi, dlaczego smartfony mają na nas zły wpływ? Gdzie leży problem?

                    Pewnie tak macie, że jeżeli na coś czekacie np. w kolejce w sklepie, jedziecie pociągiem czy stoicie w korku to wyjmujecie telefon. W erze „przedsmartfonowej” nastąpiłby moment nudy. Nie mam na myśli uczucia startej tablicy tzn. „zresetowałem się, nie mam planów i przyszłych wyznań”. Chodzi mi właśnie o te mini momenty znudzenia w kolejce do kasy w sklepie, albo na toalecie. Okazuje się, że nasz umysł bardzo ich potrzebuje: to jest moment na kreatywność, na przemyślenie, na pobudzenie do myślenia. Przeglądanie Instagrama nie jest odpoczynkiem, bo cały czas pobudza umysł. Jest to spory zastrzyk dopaminy, ale to nie odpoczynek.

                    Nie przedłużając – chciałbym w roku 2021 spróbować wprowadzić kilka rozwiązań, które ograniczą czas jaki spędzam przed telefonem. Ubrałem to klasycznie dla siebie w kilka mini-challenge-ów.

                    1. Wyłącz powiadomienia gdziekolwiek się da. Przynajmniej je ogranicz

                    Zacząłem od grubego uderzenia: wyłączyłem wszystkie powiadomienia oprócz telefonu, wiadomości i messangera. Na początku miałem spore obawy, że przeoczę coś ważnego. Teraz żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej.

                    2. Usuń aplikacje, których nie używasz

                    Wyrzuciłem wszystkie appki, z których nie korzystam regularnie i takie, z których nie chce korzystać. Odinstalowałem appki zakupowe, jedzeniowe i inne kupony. Social media wrzuciłem do jednego katalogu na ostatnim ekranie, żeby nie kusiło. Mam jednak wewnętrzny opór, żeby odinstalować je na stałe.

                    3. Kolory szarości

                    Zadanie jest proste: polega na zmianie swojego wyświetlacza na monochromatyczny. Na iOS to banał: Ustawienia -> Dostępność -> Ekran i wielkość tekstu -> Filtry barwne. Na Androidzie na pewno też znajdziecie.

                    Może to tylko siła autosugestii ale ta niewielka zmiana u mnie się sprawdza. Instagram nie wygląda tak zachęcająco, nawet furki na Otomoto straciły swój blask. Spróbujcie, warto.

                    PS. w obsłudze gestów można ustawić, że 3-krotne naciśnięcie na „początek” powraca kolor – przydaje się gdy trzeba zrobić akurat zdjęcie.

                    4. Znajdź czas tylko dla siebie

                    Jest to banalne zadanie, którego realizacja okazuje się być kłopotliwa w praktyce. Chodzi o to, by spędzić trochę czasu samemu ze sobą.

                    Jak możemy w praktyce do zrealizować? Wystarczy zaparzyć sobie herbatę lub kawę i usiąść w fotelu i przez 10 minut popatrzeć sobie przez okno. Bez wyjmowania telefonu, włączania telewizora, słuchania muzyki. Tylko Wy i kubek kawy. Zobaczycie, że wcale nie jest to takie łatwe.

                    5. 21:30 – smartfon w sypialni

                    Wystarczy ustawić codziennie alarm na 21:30 i jak zadzwoni odłożyć telefon do sypialni. Dzięki temu udaje mi się czytać więcej, skupić na rzeczach ważnych.

                    Przez pierwszy tydzień było naprawdę ciężko, bo przychodziło mi do głowy 1000 rzeczy na godzinę, które tylko „na chwilę muszę sprawdzić”.

                    Okazało się, że wcale nie muszę.

                  6. Jak zostałem minimalistą

                    W tym tygodniu wpis będzie nieco dłuższy, ale zachęcam żeby dotrwać do końca. Chciałbym przedstawić system mojej pracy nad nawykami i nie mam pomysłu jak można to sprytnie podzielić. Dla tych co dotrwają do końca – wielka piona!

                    W zeszłym tygodniu napisałem, że mam dwie ważne listy w Excelu. Tak naprawdę tych list jest trochę więcej, ale kluczowe są dwie: pierwsza to 40 on 40 (bucket list), a druga to lista nawyków. Na tej pierwszej znajdują się moje wielkie marzenia i mniejsze cele, które chciałbym zrealizować przed czterdziestymi urodzinami.

                    Ta druga, tzn. lista nawyków to małe codzienne kroki, które prowadzą do realizacji punktów z 40 on 40 (bucket list). W skrócie: jeżeli np. codziennie będę odkładał małą kwotę (lista nawyków) to zrealizuje marzenie o wielkiej podróży (40 on 40). Lista nawyków to ta mało spektakularna codzienna droga. Bez niej jednak realizacja dużych marzeń jest niemożliwa więc warto ją wprowadzić.

                    Zanim przejdziemy do poszczególnych punktów z mojej listy nawyków kilka słów o tym jak je prowadzę od strony technicznej. Żeby się nie pogubić wykorzystuje OneDrive i Office 365. Do poszczególnych list mam odnośnik w pasku zakładek w Google Chrome. W każdej chwili mogę na nie wejść, edytować, zmieniać, dopisywać. Wygoda dostępu jest dla mnie bardzo ważna. Wiem, że gdybym ukrył kartkę z zapisanymi odręcznymi celami w szufladzie lub gdzieś na dysku to skazana byłaby na zapomnienie.

                    Jak często do niej zaglądam? Czasami codziennie, ale minimum raz w tygodniu. Ustawiłem sobie przypomnienie w telefonie na poniedziałek rano. Jest to dla mnie oficjalny koniec weekendu i początek nowego tygodnia. Wtedy też aktualizuje swoje postępy. Dzięki temu, że lista jest przyklejona na OneDrive mogę zrobić aktualizacje, na telefonie, komputerze czy jakimkolwiek innym urządzeniu – wystarczy pamiętać hasło do swojego konta. Oczywiście każdy musi odnaleźć najwygodniejszą dla siebie formę. Z perspektywy roku widzę, że lista na OneDrive u mnie się sprawdza.

                    Co jest na mojej liście nawyków? Na pierwszy ogień weźmiemy sobie sekcję „zdrowie” i „sport”. Są to dwa osobne punkty, które jednak bardzo trudno rozdzielić – opiszę je razem. Zaczynamy!

                    Waga – klasyczne 73 kg.

                    Czy przestrzeganie wagi może być nawykiem? Jako nawyk traktuje bardziej regularne ważenie się i natychmiastową interwencję jeśli coś idzie w złą stronę. Co tydzień w poniedziałki wpisuje do Excela swój wynik po weekendzie.

                    73 kg to waga, która dla mnie ma znaczenie. Pamiętam, że dokładnie tyle ważyłem będąc na studiach. W 2020 roku postanowiłem wrócić do swoich „ustawień fabrycznych” zostawiając za sobą nadprogramowe 6 kg. Z uwagi na lockdown, sport i eksperymenty żywieniowe zaliczyłem niezły rollercoster wagowy, ale finalnie zakończyłem rok na 74 kilogramach.

                    Quality shaving

                    Wprowadziłem ten punkt w czasie lockdownu. Początkowo miał być to motywator żeby utrzymać w czasie narodowej kwarantanny minimum człowieczeństwa, ale stopniowo ewoluował w rytuał self-care, który sprawia mi dużo przyjemności. Założenie jest proste: 3 razy w tygodniu (u mnie jest to niedziela, wtorek i czwartek) modeluję i przycinam zarost oraz golę szyję. Po kilku latach używania bezdusznej pianki, powróciłem do pędzla i kremu do golenia, a w 2021 chciałbym stawić czoła klasycznej maszynce na żyletki. Zawodowa sprawa – opiszę to wkrótce trochę dokładniej.

                    Intermittent Fasting

                    Post przerywany jest już niemal tak samo popularny jak morsowanie, ale faktycznie to działa. Ja stosuję bardzo łagodną wersję: moje okno żywieniowe jest otwarte pomiędzy 12:00 a 20:00. W weekendy robię przerwę od postu, głównie ze względu na rodzinne śniadania. Zalet postu przerywanego jest mnóstwo, warto o nich poczytać. Dla mnie najważniejsze jest to, że czuję się lepiej, lżej i nie jestem niewolnikiem skoków glukozy.

                    Dieta ketogeniczna

                    Dla niewtajemniczonych w największym skrócie: wejście w stan ketozy oznacza przestawienie się na czerpanie energii z tłuszczu zamiast z glukozy. Swoją pierwszą kurację zrobiłem w październiku w głównej mierze z ciekawości. Mimo tego, że wcześniej sporo o tym czytałem, rozmawiałem i słuchałem relacji osób, które były już po, to tak naprawdę wypłynąłem na nieznane wody, bo nigdy do końca nie wiadomo jak zareaguje organizm.

                    W październiku zastosowałem 6-dniowy zestaw KETO LUV ACTIVE z One More Luv. Czy się udało? Tak, a efekty w postaci utraty wagi i lepszego samopoczucia są naprawdę spektakularne. Coś co miało być jednorazowym challengem, trafiło na stałe na moją listę. Drugą kurację KETO przeprowadziłem w grudniu 2020, a w 2021 planuję powtarzać je raz na kwartał, już dużo bardziej świadomie i mając na uwadze przede wszystkim oczyszczenie organizmu, a nie utratę wagi.

                    Codzienne ćwiczenia

                    Zadanie jest proste: wystarczy codziennie ćwiczyć. W praktyce sprawy się trochę komplikują, ale kluczowe jest to żeby nigdy nie odpuszczać dwóch dni z rządu. Później pojawia się pewien rytm dnia i ćwiczenia naturalnie wchodzą w grafik. U mnie jest to: bieganie, rower, brzuszki i pompki. W 2021 roku do listy dojdzie basen. Ten temat również musi doczekać się kontynuacji w osobnym wpisie.

                    Dentysta 1x w roku

                    Czy można zaliczyć to do nawyku? Raczej nie, po prostu jest to punkt do odhaczenia z kategorii zdrowie. Bardzo prosty i bardzo ważny punkt.

                    Wolny od nałogów

                    Kolejny punkt, który jest banalny do opisania, a szalenie trudny w realizacji: wystarczy nie palić i nie pić alkoholu. W okresie, w którym kumuluje się pandemia, zmiana pracy i niepewność jutra, walka z używkami nie jest łatwą sprawą. Mimo tego mogę z czystym sumieniem napisać, że rok 2020 w tej materii zakończył się u mnie sukcesem.

                    Do pracy rowerem

                    Jeżeli na dworze jest więcej niż 10 stopni, nie mam turbo-ważnych spraw do załatwienia, a dzień wcześniej nie miałem jakiegoś morderczego treningu, staram się jeździć do pracy na rowerze. Banał.

                    Tutaj pojawia się jednak najtrudniejsza kwestia: systematyczność. Jednorazowe wyjście na bieganie czy ścisły post do godziny 12:00 nie sprawią, że zauważycie jakąkolwiek zmianę w waszym wyglądzie, wadze czy nastawieniu. Dopiero powtórzenie tego kilkadziesiąt razy wywoła zauważalny, choć dalej mało spektakularny, efekt.

                    W książce Atomic Habits, którą polecałem w zeszłym tygodniu, autor sporo miejsca poświęca pierwotnym instynktom człowieka. Te rozważania można streścić do stwierdzenia, że ludzie są naturalnie przystosowani do realizacji szybkich tasków, a nie celów długookresowych. Jeszcze kilkanaście – kilkadziesiąt tysięcy lat temu wygrywały jednostki, które z dzisiejszego punktu widzenia nie byłyby postrzegane jako wzór cnót. Otóż żeby przetrwać w czasach prehistorycznych człowiek:

                    • jeżeli była okazja do jedzenia to jadł ile tylko mógł zmieścić
                    • jeżeli mógł bezpiecznie spać to spał
                    • jeżeli mógł kopulować… wiadomo
                    • jeżeli można było odpoczywać lub uniknąć ciężkiej pracy – odpoczywał.

                    Jak możecie się domyślać z takim materiałem genetycznym w dzisiejszych czasach nie jest nam łatwo. W ciągu ostatnich kilku tysięcy lat sporo w naszym życiu się zmieniło i aktualnie promowane są działania wymagające wytrwałości, takie jak dbanie o zdrowie, codzienne chodzenie do pracy czy oszczędzanie na emeryturę; innymi słowy wszystko to, do czego nie jesteśmy naturalnie przystosowani jako ludzie i zejdzie nam pewnie jeszcze kilka tysięcy lat zanim zdążymy ewoluować w tę stronę.

                    Na szczęście nie stoimy na przegranej pozycji. Nasz mózg można bardzo łatwo oszukać jego własną bronią, tzn. rzucając mu przyjemne kąski w miejsce nudnych nawyków, które wymagają systematyczności.

                    Niedawno wspominał o tym Krzysztof Gonciarz. Mówił, że jak nie chce mu się rano wyjść pobiegać, mówi: „a jak wrócę z biegania to będzie dobra kawka”. Serio. Czasami takie proste triki działają. Jeżeli jednak trochę mnie znacie to domyślacie się, że podszedłem do tego tematu bardziej systemowo.

                    Dobrych parę lat temu, gdy mieszkałem w Łodzi, codziennie przechodziłem w drodze do pracy obok biura podróży, które miało swoją siedzibę w podwórku na Piotrkowskiej 107. W witrynie stało tam zdjęcie Tropea Beach w Calabrii; już wtedy stare i wyblakłe, ale miało w sobie moc przyciągania, szczególnie gdy dookoła panowała typowa polska zima, czyli +2 stopnie i mżawka. Udało mi się odnaleźć zdjęcie, które wtedy zrobiłem:

                    Tak wiem, dzisiaj nie wygląda zachęcająco, ale kiedyś mocno na mnie działało – pewnie chodziło o cały kontekst.

                    Idąc do pracy myślałem sobie, że gdybym miał dużo pieniędzy to kupiłbym sobie BMW E39 Touring z rozsądnym, wolnossącym, 6-cylindrowym rzędowym silnikiem benzynowym i pojechał nim do tej Calabrii.

                    Już wiecie do czego zmierzam?

                    W 2020 roku planując listę 40 on 40 dopisałem do niej realizację także tego marzenia. Postanowiłem wykorzystać je jako motywator do pracy, nie chciałem przeznaczać na nie bieżących zarobków lub oszczędności: założyłem, że zapracuje na stare BMW i wyjazd do Calabrii zmieniając swoje nawyki. Otworzyłem w moim banku konto oszczędnościowe i wprowadziłem codzienny system nagród za przestrzeganie części punktów z mojej listy wg. cennika:

                    1. Do pracy rowerem: 10 zł
                    2. Codzienny trening: 5 zł
                    3. Dzień bez alkoholu: 15 zł

                    Jak łatwo obliczyć, jeżeli dobrze rozegram dzień, to z nawyków, których celem jest długookresowe wsparcie mojego zdrowia, mogę przelać na to konto 30 zł. W ten sposób łatwo oszukuję swój mózg, który myśli o słońcu na południu półwyspu apenińskiego, a w tle pobija to marzenie dźwięk rzędowej 6-stki. U mnie działa.

                    Tutaj dochodzimy do sedna istnienia listy nawyków. Jeżeli te nieprzyjemne codzienne czynności uda się zamienić na cel, który będzie przyjemnie motywował (nowy iphone, PS5, para sneakersów o absurdalnej cenie czy tak jak w moim przypadku doświadczenie spełnienia marzenia), to realizacja codziennych tasków powinna stać się łatwiejsza. Dzięki temu będzie Wam też łatwiej wytłumaczyć przed sobą jakiś nieracjonalny zakup.

                    PS. Jeśli wszystko pójdzie wg. planu w połowie 2022 wrzucę Wam moje zdjęcie z Calabrii z bezsensownym BMW E39 w tle.